biletna

 

 

 

Mecenasi Kultury

Nie jestem Lucy. Jestem Ilona Ostrowska

- To jest dziewczyna, która bierze życie za rogi. Pełna energii. Bez przerwy tryska optymizmem. Zawsze daje mi porcję słońca – tak oto Rafał Bryndal przedstawił Ilonę Ostrowską - bohaterkę kolejnego spotkania w cyklu „Rozmowy bez makijażu”, które odbyło się w sobotni wieczór (29 IX) w pałacu Bobrowskich.
Choć rozmowa staje się zanikającą formą komunikacji, gospodarzowi udało się posłużyć nią tak, by goście sami mogli przekonać się do prawdziwości powyższych epitetów, a także zobaczyć w Ilonie Ostrowskiej kogoś więcej niż tylko Lucy z serialu „Ranczo”.


To, że przyjęła zaproszenie do rozmowy należy uznać za coś wyjątkowego, bo jak przyznała, zwyczajnie się wstydzi. – Bo ja się bardziej czuję człowiekiem niż kimś super wyjątkowym – usprawiedliwiała się. - Uważam, że aktor powinien tworzyć wokół siebie tajemnicę. To wpajał nam Łomnicki w Szkole Aktorskiej. Teraz wszystko się miesza, aktorstwo z celebryctwem. 
Pani Ilona wspominała swoją drogę do aktorstwa, której początek dał jakiś wygrany konkurs recytatorski i zauroczenie Janem Fryczem w jednym z filmów. Opowiedziała też o emocjach jakie towarzyszą aktorowi, gdy szuka pracy, gdy wygrywa albo przegrywa castingi, gdy rola, o której marzy, która już jest prawie jego nagle trafia do kogoś innego. Tak było z Papuszą …


Choć wygrała casting na rolę Lucy w „Ranczu” bardzo się jej bała. A to ze względu na akcent charakterystyczny dla tej postaci. Musiała wypracować styl mówienia. Zaczęła spotykać się z dziewczyną, która wiele lat mieszkała w Chicago. Nie tylko jej słuchała ale też ją obserwowała. Pewnego dnia stwierdziła, że taka właśnie będzie jej Lucy… jak ta dziewczyna z Chicago (prywatnie żona Marcina Prokopa). Ciekawostką jest, że podczas castingu, do roli Kusego przymierzany był Cezary Żak. Ciekawostką jest też powód, dla którego w ostatnich odcinkach Kusy mógł spotykać się z Lucy tylko na Skypie. Pani Ilona była wtedy w ciąży. Dziś, jej syn Gustaw ma już półtora roczku. 


Choć zapewne nowe odcinki serialu zgromadziłyby przed telewizorami wierną publiczność, już wiemy, że nie powstaną. Przyczyną jest choroba scenarzysty.


Dla twórców „Ranczo” jest niewątpliwym sukcesem. Podobne odczucia ma również Ilona Ostrowska. – Ludzie naprawdę uwierzyli, że jestem Amerykanką – mówi – i to uważam za sukces.
Zresztą, tak sugestywnie odegrana rola miała też matrymonialno – polityczne konsekwencje. - Na planie pojawiali się zalotnicy. Otrzymałam masę listów miłosnych; jeden nawet był na pendrivie – wspominała i opowiadała też jak wiele razy musiała tłumaczyć, że Lucy to jest tylko rola, że to jest ktoś wymyślony. Choć niejednemu powtarzała: – Ja jestem Ilona Ostrowska, nie Lucy – nie każdy dał się przekonać. 
Gdy Lucy została wójtem, to do pani Ilony zaczęły napływać propozycje udzielenia poparcia różnym ugrupowaniom politycznym, także zaistnienia na plakatach wyborczych…
W ogóle nie przypuszczała, że „Ranczo” okaże się takim sukcesem. Miała obawy, bo seriale szufladkują aktora. Czasem sukces bywa przekleństwem. Dlatego Ilona Ostrowska cieszy się, że mimo wszystko, reżyserzy widzą w niej inne postaci, że jest dla niej miejsce w teatrze.


Choć nie tańczy z gwiazdami i odmawia udziału w tego typu programach, do jednego dała się wciągnąć, a to dlatego że jej pasją są podróże. – Za 1,5 tygodnia wylatuję w ciepłe kraje z programem „Agent” – zdradziła. 
Rafał Bryndal kontynuował temat pasji, równocześnie dzieląc się ciekawym spostrzeżeniem: - Niby wszyscy z kulturą obeznani, a na koncertach jesteś ty i kilka jeszcze osób ze środowiska. Z tobą się dyskutuje o książkach…


Skąd te pasje? – Bo mnie nosi. Moja wyobraźnia jest żądna wrażeń!


Taką oto kobietę (z delikatnym makijażem, ale wyrazistą osobowością) gościł pałac Bobrowskich w sobotni wieczór.
Był też czas na wspólne fotografie, serdeczne słowa, autografy.

Jadwiga Janus

foto: Jarosław Skupień